Sześć tygodni protestów “żółtych kamizelek” we Francji. Czy demonstracje zbliżają się do końca?


Już blisko półtora miesiąca trwają protesty tzw. “żółtych kamizelek” we Francji. Demonstracje, które rozpoczęły się w sobotę 17 listopada w związku z rządowymi planami podniesienia akcyzy na benzynę i diesla odpowiednio o 15 i 23 proc., w przedświąteczną sobotę odbyły się już po raz szósty. Znów nie obeszło się bez starć protestujących z francuską policją. Zginęła dziesiąta już osoba.

Geneza protestu

“Żółte kamizelki” – tak nazwano grupę demonstrantów, protestujących przeciw podniesieniu akcyzy paliw we Francji. Wspomniane kamizelki są obowiązkowym elementem wyposażenia kierowców motocykli i skuterów, którymi często w tym kraju poruszają się osoby gorzej sytuowane. Zapowiedź podwyżek uderzyła najbardziej właśnie w nich.

Z tygodnia na tydzień liczebność “żółtych kamizelek” na sobotnich protestach maleje. W sobotę 22 grudnia protesty zgromadziły niespełna 39 tys. osób, podczas gdy 17 listopada protestowało aż 282 tys. ludzi. Zamieszki tracą na sile. Ale czy oznacza to zbliżający się koniec protestów?

Władze wobec protestujących

Początkowo protesty przybierały formę akcji zlokalizowanych na peryferiach miast. “Żółte kamizelki” zatrzymywały auta, blokowały wjazd do miast, dochodziło do starć z policją. Prezydent Emmanuel Macron reagował krytycznie, a uczestnicy protestów wzywali go do dymisji. Na początku grudnia Macron zwołał kryzysowe posiedzenie rządu, na którym poruszono kwestię przygotowań do tłumienia kolejnych protestów, jednak podjęto też decyzję o negocjowaniu z niesformalizowanymi “żółtymi kamizelkami”. Brak struktur i przewodnictwa wśród protestujących jest czynnikiem utrudniającym negocjacje i wypracowanie satysfakcjonujących rozwiązań. Liderzy ugrupowań lewicowych domagają się rozpisania przedterminowych wyborów.

Dotąd nie udało się osiągnąć porozumienia. Podczas protestów 22 grudnia demonstranci ścięli głowę kukle symbolizującej Emmanuela Macrona. Władze potępiły te zachowania. Niewykluczone, że organizatorzy zostaną pociągnięci do odpowiedzialności w związku z możliwym popełnieniem przestępstwa.

W swoim przemówieniu Emmanuel Macron zaznaczył, iż nie godzi się na przemoc, jakiej dopuszczają się protestujący. Stwierdził jednak, że słyszy gniew Francuzów i dołoży starań w działaniach na rzecz poprawy sytuacji materialnej osób najuboższych. Podjęte zostaną kroki w celu zmniejszenia obciążeń podatkowych wśród najgorzej sytuowanych. Ponadto, jak zapowiedział premier Edouard Philippe po rozmowach z przedstawicielami największych przedsiębiorstw, część z nich wypłaci pracownikom specjalną premię na koniec roku, która będzie zwolniona z podatków.

Czy to koniec kryzysu?

Jest oczywiste, że przedłużający się kryzys nie służy ani interesom protestujących, ani rządzącym. Choć prezydent Macron obiecał podniesienie płacy minimalnej, zapowiedział cofnięcie podwyżek składek dla osób o dochodzie poniżej 2 tysięcy euro miesięcznie, a także ogłosił zwolnienie z podatków pensji za godziny nadliczbowe, nadal nie jest pewne, czy oznacza to koniec protestów. Akcje 22 grudnia miały być kulminacyjne, jednak na zapowiedź definitywnego zakończenia protestów należy jeszcze zaczekać.

Niedawno francuskie “żółte kamizelki” wezwały Niemców do naśladowania ich działań.

Współprzewodnicząca Die Linke i lewicowa posłanka do Europarlamentu wystąpiła z krótkim klipem, w którym wzywa Niemców do wzięcia przykładu z protestujących Francuzów. W niemieckiej telewizji już pojawiły się spoty zapowiadające społeczne protesty na ulicach niemieckich miast w 2019 roku.